2015

Festiwal otworzyły Duchy Wrocławia – czyli Ghosts of Breslau. Nie chodzi jednak o widowiskowe figury przygotowywane na uroczystość otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury, ale projekt Patryka Balawendera z oficyny BDTA. Był to jego pierwszy koncert w rodzimym mieście – trudno w to uwierzyć, gdy uświadomimy sobie jak istotną część jego twórczości stanowi sam Wrocław. Najbardziej staranny koncert festiwalu dał chwilę później Endy Yden. Andrzej Strzemżalski wciąż czeka na premierę debiutanckiej płyty, ale na scenie Impartu zobaczyliśmy w pełni ukształtowanego artystę. Bardzo świadomego – swojego materiału, stylu muzycznego i kształtu w jakim chciałby zaprezentować się publiczności. Za mało jest wykonawców, którzy myślą o całości doświadczenia koncertowego, a Endy nie dość że podkreślał różnorodne elementy aranżacji i zachowywał równowagę pomiędzy mocniejszymi/lirycznymi akcentami, to jeszcze zadbał o wsparcie tria smyczkowego 7.1 Trio. Scenę kameralną wziął w swoje władanie Kyklos Galaktikos. Czeski zespół zaprezentował zupełnie nową muzykę – nie tylko dlatego, że pochodzą z innego kraju, czy władają odmiennym językiem. To był najbardziej intensywny występ, na wszystkich poziomach; także w dosłownie fizyczny sposób, gdy nasze zmysły zaatakowały jednocześnie ostre rytmy i ostre światła stroboskopowe. Warto też wspomnieć o zagadkowym instrumentarium skompletowanym na kompaktowych jeżdżących konsolach. Muzycy z Czech ustawił się ze swoimi przyrządami na samym środku sali czyniąc doświadczenie jeszcze bardziej dosłownym. Show-niespodzianką okazał się występ Tomasza Bednarczyka, który zaczyna solową karierę pod szyldem New Rome. Znany z Venter artysta załagodził koncertowe zmęczenie egzotycznymi plamami dźwięku, które zadziałały jak najlepsze środki relaksacyjne. Wisienką na torcie był występ Breslaux. Zaledwie rok temu występowali w dwie osoby na przestrzeni 2×2 metry w galerii Impart, a teraz dali najbardziej spektakularne show jakie widział WROsound. Na pewno z największą scenografią, której głównym punktem było ogromne białe płótno rozwieszone na całej szerokości sceny – jednocześnie ekran dla projekcji wideo oraz arena teatru cieni. Przedstawienie wyjątkowo wysokoenergetyczne.

Na finał pierwszego dnia festiwalu zagrali Electro-Acoustic Beat Session, którzy chyba po raz pierwszy występowali jako samodzielny headliner, gwiazda wieczoru festiwalowego – do ostatniej chwili nie było wiadomo kto wystąpi z zespołem.  Który balansuje na granicy rapu oraz jazzu i wystarczyło odjąć element słowno-wokalny żeby usłyszeć tam klasyczne improwizacyjne granie. Weszli raperzy – i nagle przeskakujemy do rasowego hip-hopu. Tak swobodne przechodzenie pomiędzy gatunkami jest chyba najwyższą wartością w ciekawej muzyce i dowodem na wielką klasę grania na żywo – nie ma wątpliwości, że EABS zasłużyli sobie na ten gwiazdorski występ przewodząc programowi WROsoundu. Ale były też inne gwiazdy z miasta 71. Legendarni raperzy, którzy tworzyli sound tego miasta kilka-kilkanaście lat temu triumfalnie wrócili do czasów młodości. Wielu z nich całkowicie odłożyło mikrofon na półkę i wystawieni na widok publiczności Impartu mogli czuć się nieco nieswojo po tak znacznej przewie.  Jot przywrócił ducha staroszkolnego hip-hopu, Kościej zabawił się wibracjami, które dosłownie roznosiły go po scenie, a Natalia Lubrano wyrosła z nastoletniej fanki wrocławskich zawodników i już jako prawdziwa dama pokazała wielką klasę. Pojawił się też sam Waldemar Kasta i tak jak rok temu zarządził sceną – gdy wchodzi na majka od razu wiesz, że dzieje się coś specjalnego, bo oto boss wrócił do gry. Na koniec, już na bisy Electro-Acoustic Beat Sessions pokazali ostateczne stadium ambitnego eksperymentu połączenia jazzu z hip-hopem kiedy zaprosili na scenę W.E.N.Ę.

Dead Snow Monster na początku drugiego dnia festiwalu dali bezbłędnie rasowy koncert gitarowego power trio, wyciągnięty z podręcznika rock ‚n’ rollowych zagrywek. Niespożyta energia charakterystyczna dla wszystkich młodych śmiałków popchnęła ich nawet do zabawy Beatlesami w bezpretensjonalnej i całkiem cool wersji Tell me whyEnchanted Hunters to nieodparcie urocza adaptacja baśni do XXI wieku. Małgorzata Penkalla i Magdalena Gajdzic zaczynały swoją karierę w lesie – nie dosłownie, nie że mało umiejętnie, ale skromne klimatem i zwiewne akustycznym instrumentarium.  Melodie prowadzone były na koncercie elektronicznym bitem i elektrycznym basem tego gościa z Kristen (Michał Biela!). Enchanted Hunters roztoczyli czar opowieści nad całą salą teatralną Impartu. Zupełnie inaczej było na scenie kameralnej, gdzie grała załoga Anteny Krzyku – Ukryte Zalety Systemu. To nie był koncert w rozrywkowym znaczeniu tego słowa; nazwałbym go bardziej wystąpieniem mającym przedstawić racje i poglądy punkowej kapeli wkurwionej na rzeczywistość. UZS mają bardzo stanowczy i zdecydowany przekaz poparty równie mocną warstwą muzyczną. Stary Malenka występowali na trzeciej, mniejszej scenie w Galerii Impart i sprawiali wrażenie jakby zatrzymanych w pół drogi pomiędzy muzealną kameralnością i areną koncertową. Niezwykle ciekawy występ właśnie artystycznie; skupiony na tekstowych niedopowiedzeniach i brzmieniowych wieloznacznościach. Podobnie Moire Pop, chyba najlepiej zapowiadający się wykonawca WROsoundu. Wyciągnięci gdzieś z piwnicy zagrali swój pierwszy koncert w historii, niektóre piosenki absolutnie prezentując wrocławskiej publiczności. Wszystkie były świetne – wysmakowane brzmieniowo i przebojowo chwytliwe, bez zbędnych wstępów dziejące się tu i teraz. Maksymalnie satysfakcjonujący występ elektroniczny – z taką perkusją i modyfikacjami śladów w czasie rzeczywistym.

„My name is Ventolin and I don’t use computer”. Po takiej zapowiedzi można by się spodziewać akustycznego i wyciszonego songwritera – nic bardziej mylnego. Czeski akademik projektuje elektronikę na zagadkowych, na wskroś analogowych przyrządach i swoimi ekscentrycznymi zapowiedziami prowadzi niestrudzoną zabawę taneczną. Na ustawionym za sceną ekranie było widać wizualizacje i cień głowy Ventolina, która wśród kolorów animacji wyglądała jak kadr z kreskówki. I on sam właśnie tak się zachowywał – wyjęty z innej bajki szalony konstruktor podrygujący rytmem i kolejnymi niebanalnymi pomysłami na dźwięki. Niesamowita, odpowiednio odklejona od rzeczywistości impreza na zakończenia drugiego dnia 7. edycji WROsoundu.

2014

Do tej pory festiwal, znany wcześniej pod szyldem Wrocławski Sound. prezentował muzykę artystów wrocławskich, a podczas szóstej edycji po zmianie formuły w ciągu dwóch dni wystąpiło 11 formacji z terenów nadodrzańskich, zarówno z Polski jak i Czech. W salach Impartu zaprezentowano nie tylko bogatą różnorodność wrocławskiej sceny muzycznej, ale również unikalne projekty tworzące nową jakość tego środowiska.

Pierwszy dzień upłynął pod znakiem elektroniki. Rozpoczęło trio Notopop z tanecznym setem prowadzonym przez wyraźny bas. Najwięcej energii przekazał publiczności rozbujany wokal Kasi Gruszki i kolejne bity towarzyszących jej kolegów. Mistrzem ceremonii i gwarantem dobrej zabawy należy bez wątpienia okrzyknąć Budynia z formacji Babu Król. Jego ekspresja wokalna i rozbrajające anegdoty nie pozwalały usiedzieć na miejscu, czego dowodem była porywająca końcówka łącząca we wspólnej zabawie wszystkich zgromadzonych na sali. Błyskotliwymi pomysłami brzmieniowymi raz po raz zaskakiwała Poprzytula. Harmonijne dźwięki zespołu stały się leniwym odpoczynkiem w środku festiwalowego wieczoru. Zdecydowanie najbardziej klimatyczny koncert WROsoundu zagrał tajemniczy duet We Draw A. Ich rozmyte dźwięki syntezatorów porywały do tańca, aby za chwilę skłonić do emocjonalnych przeżyć łagodną wokalizą. Pięknie oświetlone wnętrze Sali Kameralnej tylko pomogło zanurzyć się w elektronicznych pejzażach. Z kolei najpotężniejsze brzmienie zaprezentowały Nervy. To był jeden z tych koncertów, którego mocy nie odda żadne nagranie studyjne. 7-osobowa orkiestra pokazała pełną skalę instrumentów dętych napędzanych przez wybitną grę na perkusji Jana Młynarskiego. Całym tym spektakularnym big bandem dyrygował Agim Dżeljilji który nowatorsko połączył żywe instrumenty z dźwiękami komputera.

Drugi dzień WROsoundu należał do gitar oraz rozmaitych bębnów. Niebanalne i otwarte podejście do rocka przedstawił zespółKristen. Spod ściany dźwięku gitar dobiegał melodyjny wokal Michała Bieli wspomagany czasem taneczną zagrywką. Całą gamę pozytywnych dźwięków zaserwował MiloMailo razem z zespołem Riddim Bandits, GPD i Asią Kwaśnik. Słychać było, że wszyscy są tam istotni, a kolektywna gra muzyków leżała u podstaw zaraźliwego entuzjazmu, który udzieił się także widowni. Peter J. Birchrównież wystąpił u boku zespołu The River Boat Band interesująco snując swoje sentymentalne miniatury. W swoich balladach sięgał zarówno po zestaw songwritera – gitarę akustyczną i harmonijkę – jak i również po gitarę elektryczną w mocniejszym stylu. W sobotni wieczór takie połączenie zaczarowało niejednego słuchacza. W niecodziennym miejscu – galerii ImpArt – swój koncert zagrał projekt Breslaux. Choć wystąpili w mniejszym składzie, nie przeszkodziło to charyzmatycznemu Witoldowi Sikorze i Pawłowi Kawłakowi świetnie zaadaptować się do tej przestrzeni. Na pierwszym planie pozostały prawdziwe instrumenty – saksofon i mini zestaw perkusyjny – środki wystarczające do wzniesienia żywiołowego setu w środku festiwalowego wieczoru. Przed Pure Cityzen zagrała czeska songwriterka Moin Moin. Jej nastrojowe ballady przywoływały na myśl charakterystyczną barwę głosu PJ Harvey. Była to swoista „cisza przed burzą”, bo gitary z Pure Cityzen rozpętały prawdziwe szaleństwo. Głośny rockowy występ w starym stylu Nirvany czy Sonic Youth Obok takiego natężenia emocji trudno było przejść obojętnie. Największy hałas wzniesiono jednak na cześć Waldemara Kasty. Legenda wrocławskiego hip-hopu wróciła na scenę po latach nieobecności. Przyjęcie okazało się być więcej niż entuzjastyczne – wypełniona po brzegi Sala Teatralna Impartu bujała się w rytm rapowanych wersów . Wielka w tym zasługa Electro-Acoustic Beat Sessions – równorzędnych gwiazd tego wieczoru i wspaniałych muzyków, których solówki zachwycały nawet tych, którym z hip-hopem nie jest po drodze.

2013

Podczas piątej edycji festiwalu „Wrocławski Sound” zaprezentowano kolejne odkrycia wrocławskiej sceny muzycznej oraz twórczość uznanych już dolnośląskich artystów. Energię zapewniły Naczynia Połączone, zespół siedmiu śmiałków z różnymi muzyczno- militarnymi gustami, którzy tworzą mieszankę zaiste wybuchową- od funku przez tradycyjnego rocka, aż po psychodelię. Sango to przedsięwzięcie kosmopolityczne mające na celu budzenie świadomości głębokiego związku człowieka z Ziemią. Wielokulturowy wyraz kompozycji muzycznych wzbogacony został narracją w międzynarodowym języku esperanto. Opowieści zaprezentowane na scenie Impartu stworzyły całość, która stanowi powitanie Nowego Roku Słonecznego. Flying Moses przedstawiły fuzję rozległych inspiracji dała podstawę do stworzenia eklektycznej, ale spójnej merytorycznie i formalnie koncepcji muzyki, roboczo nazwanej przez zespół „progresywnym popem”. Wrocławski kwartet stworzony przez Piotra Rachonia i Tadeusza Kulasa – Night Out – odsłonił przed publicznością festiwalu autorski świat muzyki. Muzycy nie bali się elektroniki i mocniejszego brzmienia, jednocześnie nie zagłuszając przy tym klasycznego fortepianu Piotra Rachonia. Projekt Natalii Lubrano okazał się być unikalnym miksem nu-jazzu, chill-outu z oldschoolowym funkiem i rdzennym soulem, który wspaniale rozbujał słuchaczy zgromadzonych w sali Impartu. Zespół Synaptine to nie tylko grupa muzykujących artystów, ale swoisty manifest filozoficzny wyrażany poprzez muzykę. Muzyka na koncercie zespołu okazała się wyrazem tęsknoty za dźwiękami które odzwierciedlają duszę artysty a nie odpowiedzią na własną próżność czy zapotrzebowanie rynku.

Behavior, formacja muzyczna łącząca różne gatunki muzyki w bardzo charakterystyczną mieszankę dźwiękową zaprezentowała nowe podejście do takich stylów muzycznych jak hip-hop i cięższe odmiany rocka. Specjalnie na 5. Wrocławskiego Soundu Neony Na Dęte wraz z sekcją dętą formacji Naczynia Połączone utworzyły „energetyczną petardę”. Siedem osób na scenie, puzon, trąbka i saksofon w połączeniu z surowo brzmiącymi gitarami lat 70. plus ciekawe teksty dały jeden z najbardziej dynamicznych występów festiwalu.  Muzyka na koncercie Mixtury była nieprzewidywalnym połączeniem elektroniki, elementów hip-hopu, dubstepu, rocka i jamajskich brzmień. Założycielem i wokalistą formacji jest Grizzlee kojarzony przede wszystkim z popularnego i cenionego soundsystemu EastWest Rockers, który szybko porwał publiczność do wspólnej zabawy. Job Karma, wrocławska formacja postindustrialno- ambientowa posłużyli się wieloma środkami ekspresji dźwiękowej: od syntetycznie preparowanych faktur elektroakustycznych, czy sampling, po zniekształcone lub przetworzone elementy rytmiki, a nawet melodii. Poprzez muzykę oraz starannie przygotowane filmy i grafikę przedstawili dysfunkcje współczesnej cywilizacji, widmo wojennej zagłady, wrogi człowiekowi system polityczno-religijny, jak również postępujący upadek systemu wartości kosztem postępującej komercjalizacji codziennego funkcjonowania jednostki i społeczeństw. Projekt Jahgi – wokalistki, basistki (Lion Vibrations, ex Ragana), który powstał dzięki współpracy z pianistą, kompozytorem i producentem Pawłem Konikiewiczem (Miloopa, Fat Burning Step, Marlene Johnson, Zebra) zaprezentował połączenie dwóch sił, które mogą wnieść kobieta i mężczyzna z dwóch zupełnie różnych stylistycznie, muzycznych światów. Podczas ich występu najbardziej liczył się autentyzm – jako odzwierciedlenie wszystkich uczuć, emocji i niepokojów człowieka we współczesnym świecie.  Największą gwiazdą festiwalu był Zespół OCN, który powstał w 2001 roku we Wrocławiu i przez lata funkcjonował pod nazwą Ocean. Wraz z początkiem 2013 roku zespół dołączył do światowego katalogu artystów firmy Warner Music Group. Na Wrocławskim Soundzie przedstawili swoją twórczość w wyjątkowej, akustycznej wersji.

 

2012

Pierwszego dnia, w piątek 26 października w salach Impartu wystąpili:

Maanalainen, The Jazz Statues, L.U.C & Adam Bałdych, Mikromusic Akustycznie, 7JK, Zebra. 

Drugiego dnia (sobota, 27 października) odbyły się koncerty:

Frujstuck, Marcelina, LOV, Marcel Arp Ensemble, Joao, Miloopa. 

 

 

2011

Trzecia impreza festiwalu „Wrocławski Sound” oprócz występów gwiazd wrocławskiej sceny muzycznej zaprezentowała także debiutantów w przeglądzie „Młody Wrocław”

czwartek 20 października, start  – godz. 19.00
Konkurs „ Młody Wrocław”  –  wstęp wolny

DER SLAPSTICK
FUNK’N’TRONIC
GBTRIO
ROBOT HOUSE
THIS GREAT END

piątek 21 października, start – godz. 18.00

Gliniane Pieśni
Bartosz Porczyk
Legitymacje
Zgas
Las Rzeczy 
Sinusoidal

sobota 22 października, start – godz. 18.00

Alicja Janosz
Kormorany
Kariera
Liquid Love
Fat Burning Step
Matplaneta

 

2010

14 października 2010 (czwartek), godz. 20:00

KONCERT INAUGURACYJNY MIKROMUSIC

15 października 2010 (piątek), godz. 18:00

BIPOLAR BEARS
ELECTRONES
HOODOOBAND
INDIGO TREE
KARIERA
STOLIK KARBIDO

16 października 2010 (sobota), godz. 18:00

CHECKOLADA
JOB KARMA
L.U.C. QWITU JAZZ QUINTET
MISSES MODULAR
NEONY
REQUIEM FOR MOZART

 

 

2009

Piątkowy wieczór był świętem fanów hip-hopu i beatboxu. Przybyłych do Impartu przywitał co prawda punkowy zespół The Kurws, jednak był to jedyny akcent mocniejszej muzyki tego dnia. Właściwą serię koncertów zapoczątkował Jot, jeden z prekursorów wrocławskiej sceny hip-hopowej. Jak zwykle uraczył publiczność dobrymi bitami, fanom zaś zaprezentował premierowy materiał z nadchodzącej płyty. Występujący po nim duet Roszja & Lu zauroczył publiczność nieco osobistym utworem „Codzienność”. Co ciekawe, uwagę tłumu zebrała rozpoczynająca się w międzyczasie – zorganizowana całkowicie spontanicznie – bitwa na rymy, będąca idealnym przerywnikiem między koncertami. Późnym wieczorem przyszła pora na występ zespołu Me Myself and I. Podzielił on publiczność na dwie grupy – tych, którzy koncertu wyczekiwali i tych, którzy po koncercie nie mogli uwierzyć, że wcześniej zespołu nie znali. Trójka artystów dała wspaniały pokaz beatboxu zmieszanego z jazzem, hip-hopem, bluesem, i reggae. Jednak dopiero występ Planet L.U.C poderwał publiczność z miejsc siedzących, prezentując właściwie nie tyle koncert, co wielkie przedstawienie, zawierające w sobie świetną muzykę oraz refleksyjne acz dosadne teksty. L.U.C udowodnił, że nie bez powodu jest nazywany „artystą XXI wieku”. Wygląda na to, że większość osób przyszła właśnie na jego występ, gdyż następujący po nim minimalistyczny ambient Dawida Szczęsnego zaczął żegnać publiczność.

Dzień drugi, dla odmiany, był ucztą dla fanów muzyki elektronicznej oraz alternatywnego podejścia do popu i rocka. Klimat zaczął budować już pierwszy zespół. Członkowie Misses Modular w strojach niczym z kosmosu pokazali czym jest avant-pop intrygując publiczność prezentacją materiału z debiutanckiej płyty. Występujący potem artysta dźwiękowy Tomasz Bednarek wprawił wszystkich w melancholijny nastrój. I w końcu przyszła pora na gwiazdę wieczoru, bo jak inaczej nazwać formację będącą esencją alternatywnego elektro. Oszibarack to dynamiczna muzyka elektroniczna, domieszka popu, hipnotyzujące elementy taneczne, piękny wokal, bardzo liryczne teksty i balansowanie na granicy kiczu. Następny występ, Digit All Love, który nieco uśpił publiczność i był rozczarowujący. Atmosferę poprawili jednak członkowie All Sounds Allowed, udowadniając, że do tworzenia muzyki można wykorzystać praktycznie wszystko – nawet beczki, rury, wiertarki, sprężyny czy szlifierki. Posypały się iskry, ale zamiast hałasu salę wypełniła świetna eksperymentalna muzyka i zaskakująco głęboki wokal – naprawdę niezapomniany występ. Imprezę zakończyła klimatyczna muzyka akustyczna z dodatkami syntezatorowych brzmień, czyli zespół Mikrokolektyw.    (Tekst: Emilia Głuszek)